Spider-Man: Bez drogi do domu [RECENZJA]

Spider-Man: Bez drogi do domu [RECENZJA]

W czasach post pandemicznych, chociaż może to termin nieco zbyt optymistyczny, wiele osób zastanawiało się na ile ludzie będą skłonni wrócić do kin tak fizycznie, namacalnie nawet na duże blockbusterowe produkcje, jakie serwuje nam chociażby uniwersum MCU. O ile Shang-Chi i legenda dziesięciu pierścieni czy Eternals z tej stajni mimo swojej sławnej genezy nie były tak dużym sprawdzianem formy kin i twórców, o tyle najnowsza odsłona przygód jednego z najpopularniejszych komiksowych super bohaterów - Spider-Mana, w filmie z podtytułem Bez drogi do domu zdecydowanie już nim jest - i to sprawdzianem zaliczonym na bardzo dobrą ocenę.


Termin najpopularniejszy ogólnie bardzo pasuje do Spider-Mana w tym filmie, bo nie będzie spoilerem stwierdzenie, że jednym z największych problemów Spider-Mana w tym filmie nie są, a przynajmniej nie tylko, super złoczyńcy, których w filmie jest naprawdę sporo, a walka z następstwami, jakie przyniosły za sobą słowa Mysterio z poprzedniej części przygód naszego bohatera, z filmu Daleko od domu, który dla przypomnienia, zdradził całemu światu tożsamość tytułowego bohatera. I o ile nawet to Peter Parker by jeszcze przebolał, ale tego, że pokłosie jego czynów spada również na jego bliskich i to oni muszą ponosić konsekwencje jego działań w codziennych sprawach, to już zdecydowanie za dużo. Udaje się po pomoc do Dr. Strange'a, naczelnego maga MCU, lecz po ich spotkaniu problemów zamiast ubywać przybywa i to w skali, że byłoby ich za dużo na trzech pajączków, a co dopiero na jednego. Skali, która po Endgame, zdawała się już nigdy nie przybrać podobnych rozmiarów.



W pewnym sensie film Bez drogi do domu to laurka dla fanów Spider-Mana jako takich, nie tylko tego znanego z MCU, ale jego kinowej postaci ogólnie i w sumie ci, będą czuć się w tym filmie najlepiej. Poziom fan-service'u dla wprawionych jest tu właśnie na poziomie finałowej części tzw. Infinity Saga. Oczywiście można do filmu startować z pozycji nowicjusza, ale podobnie jak przy każdej innej dużej franszyzie, im więcej się wie i widziało tym lepiej, a przy tym filmie i to może być za mało, bo relacja pajączek - studio Sony, który rości sobie prawo do wizerunku Spider-Mana, to przecież również np. gry na PlayStation o czym nie warto zapominać. Świat Spider-Mana jest ogromny, a dodając jeszcze koncept multiwersum, który pojawił się już w serialach MCU, które nawiasem świetnie się przyjęły i trzymają naprawdę dobry poziom to jest tego naprawdę dużo. Generalnie, patrząc po oczekiwaniach widzów, teoriach jakie się przez ten czas wykluły, a zarazem po seansie filmu można stwierdzić, że znaczna część widzów pod względem ilości kontentu, jaki znajduje się w filmie powinna czuć się usatysfakcjonowana, a i w niektórych momentach da się naprawdę zaskoczyć. To był osobiście mój największy problem przed seansem - bałem się, że zwiastuny zradzają za dużo, a na całe szczęście nic bardziej mylnego.


Bez wątpienia w tym filmie robotę robi obsada. Tom Holland mimo młodego wieku jest już aktorem z krwi i kości, podobnie jak Zendaya i oboje potrafią zaserwować nam naprawdę duży ładunek emocjonalny, nie tylko w wątku, który dotyczy bezpośrednio ich jako pary, chociaż jest on również dużym segmentem tego filmu, ale również w innych scenach, w których biorą udział. Podobna kwestia pojawia się również, jeśli mówimy o grze antagonistów, którzy nie dostali w filmie jedynie ról epizodycznych - głównie wybija się tu Willem Dafoe, który mimo upływu lat od swojego ostatniego występu w filmie Raimiego i swojego wieku wciela się w Zielonego Goblina naprawdę znakomicie i ma tego rodzaju sceny, że przenosząc się na moment do sąsiedniego filmowego uniwersum, aż szkoda, że nigdy nie miał okazji zagrać Jokera w filmach z Batmanem, a według niektórych mógłby już dawno i to bez większej charakteryzacji. Analogicznie sprawa ma się z innymi przeciwnikami, którzy również dostali swoje 5 minut, w mniejszym bądź większym stopniu. Technicznie film to również wysoka półka, ale do tego już się w sumie przyzwyczailiśmy, bo filmy MCU, generalnie trzymają pod tym względem poziom.


Cieszy fakt, że z pewnymi rozwiązaniami twórcy filmu postanowili iść akurat w tę stronę i mimo emocji, jakie mogą nas przy okazji targać w niektórych scenach (tak, będzie przy czym płakać) to przy odrobinie zastanowienia okazuje się, że to w pewnym stopniu najrozsądniejsze wyjście, szczególnie w trudnej relacji MCU - Sony, chociaż która zdaje się już być i nieco bardziej stabilna niż jeszcze parę lat temu i według zapowiedzi, które pojawiły się już przed premierą filmu to tak szybko się z postacią Spider-Mana nie pożegnamy. Warto również mieć na uwadze, że niektóre rozwiązania w pewnym stopniu interpretacji są po prostu ugruntowane w komiksach, które są przecież podstawowym i prawdopodobnie najlepszym materiałem źródłowym.


W czasach, jakie nas otaczają, Spider-Man: Bez drogi do domu pokazuje, że kinom jeszcze naprawdę bardzo daleko do upadku i to zarówno pod względem poziomu filmów jakie trafiają na duże ekrany, jak również sprzedaży biletów, która już dziś wiadomo, że w przypadku tego filmu będzie na poziomie seansów sprzed zamknięcia kin. Warto się do tego przyczynić - najnowszy Spider-Man to naprawdę dobry film i jeśli lubicie Petera Parkera jako postać lub generalnie lubicie jego uniwersum to naprawdę warto mieć zaliczony ten film na dużym ekranie.


Piotr Gołaś

Absolwent administracji, fan Królewskich, miłośnik uniwersum Tolkiena, Gwiezdnych Wojen, Marvela, muzyki z lat '80 oraz gier - szczególnie tych z klasycznego NES-a. W wolnym czasie lubi napisać tekst z dowolnej dziedziny szeroko rozumianej popkultury.