Mass Effect: Andromeda - recenzja

Mass Effect: Andromeda - recenzja

Firma BioWare po pięciu latach prezentuje czwartą część swojej kosmicznej marki. Zapowiadało się na wielki powrót, rozpoczęcie całkowicie nowej epoki, a sama gra była przedstawiana jako coś niezwykłego i zjawiskowego. No cóż, teraz warto jednak zdjąć z nosa różowe okulary i spojrzeć Andromedzie prosto w oczy. 


Od razu mówię - wielkim fanem serii Mass Effect nie jestem. Rozegrałem jednak mnóstwo godzin w, co by nie było, udaną trylogię i nową produkcją jestem krótko mówiąc (względem oczekiwań), lekko rozczarowany. Przed premierą obiegły mnie setki informacji na jej temat, a ona sama była zapowiadana tak hucznie, jakby faktycznie BioWare było pewne, że stworzyło legendę na miarę Baldur's Gate. Rzeczywistość jest jednak taka, że nowa Andromeda to produkt co prawa wielki, piękny i otwarty, lecz co najwyżej - w miarę dobry.



Wszystko rozpoczyna się w roku 2176, kiedy obrzydliwie bogata Jien Garson rozpoczyna największy projekt badawczy w dziejach - Inicjatywę Andromeda. Jej celem jest zasiedlenie oddalonej o dwa miliony lat świetlnych tytułowej galaktyki i umożliwienie bezproblemowego przemieszczania się pomiędzy Drogą Mleczną (którą obecnie zamieszkują wszystkie znane rasy) a Andromedą właśnie. Dziewięć lat później, bo w 2185, cztery specjalnie przygotowane na tę okazję arki (na których pokładach znajduje się po dwadzieścia tysięcy kolonistów) oraz stacja kosmiczna Nexus wyruszają w historyczną podróż. Ta z kolei trwa aż 634 lata i to właśnie po takim okresie rozpoczyna się przygoda naszego głównego bohatera - Rydera. Jest rok 2819, a my znajdujemy się w Gromadzie Helejosa, gdzie według dokładnych obliczeń ma czekać na wszystkich kolonistów siedem "złotych światów", które lada chwila będzie można zasiedlić. Magiczny czar jednak w mgnieniu oka pryska, bo okazuje się, że przez czas "przejażdżki" wszystko zmieniło się nie do poznania.



Zaraz po premierze gry Mass Effect: Andromeda byłem świadkiem wysypu skrajnych opinii na jej temat. Część z nich krytykowała ją jak tylko mogła, a inni uznali ją za produkcję dobrą, lecz nie fantastyczną. Ja należę do tej drugiej grupy, bo choć Andromeda mnie nie porwała, to frajda z eksploracji różnych planet i rozwiązywania zadań była na tyle duża, że granie w nią nie sprawiało mi bólu, a nieudawaną radość.

Zacznijmy może od największych pozytywów, które są widoczne na pierwszy rzut oka. Tego nie da się ukryć - silnik Frosbite robi bardzo dobrą robotę. Planety jakie przyszło mi zwiedzać są naprawdę urocze i często zatrzymywałem się na moment, aby po prostu na nie popatrzeć. Są one także naprawdę ogromne, lecz nie możemy ich tak od razu obejść. Po zrobieniu tego, co mamy do zrobienia trzeba wracać z powrotem i udać się na następną misję. To mi się naprawdę spodobało - każda planeta z unikalną fauną i florą nie staje przed nami otworem ad hoc, jest sens żeby później wrócić się na nią i zobaczyć to, czego nie mieliśmy okazji ujrzeć na poprzedniej ekspedycji. Szkoda jednak, że eksploracji nie towarzyszy zostająca w głowie oprawa audio - po ukończeniu produkcji nie pamiętałem ani jednej melodii.



Trzeba też przyznać producentowi, że nie dał plamy w aspekcie technicznym. Nowy Mass Effect pozbawiony jest rażących błędów, co dobrze wpływa na całokształt. Nie musiałem w żadnym momencie martwić się, że przez pomyłkę twórców nie można wykonać jakiejś misji czy czegoś innego. Oczywiście zdarzają się drobne błędy w teksturach i innych sprawach, ale żadne z nich nie potrafiły mnie zirytować. A jeśli już o irytacji mowa...

Grałem na wysokim poziomie trudności i jedyne co pamiętam z walki między obcymi rasami to zasłanianie celu przez członka mojej drużyny, co w większości przypadków kończyło się frustracją. Przed premierą słyszałem dużo narzekań na temat systemu walki samego w sobie - mi się podoba i nie mam mu nic do zarzucenia. W Andromedzie leży również interfejs, który jest niezwykle toporny, co sprawiło, że przeglądanie dziennika, leksykonu, dziennika bądź umiejętności było naprawdę niewygodne i niepraktyczne - pod koniec nie miałem już na to najmniejszej ochoty.



Nie do końca wiem jednak jak określić zastosowany system dialogów. Rozmowy prowadzić możemy na cztery różne sposoby - od tego zależy jak później postrzegać nas będą inni bohaterowie. Jest to na pewno ciekawe rozwiązanie, aczkolwiek dosyć płytkie. W tekstach chociażby głównej postaci brakuje charyzmy jaką powinien posiadać "wybraniec" - Pionier. Niestety tę wadę uwypuklają tragiczne animacje twarzy, których nie można inaczej określić. Ukazywane emocje przez niezależne postacie stoją na zerowym poziomie, co ma być poprawione w następnych aktualizacjach - zobaczymy.

Fabuła Andromedy co prawda nie należy do najlepszych - BioWare przyzwyczaił nas, że poruszane wątki często potrafią być absurdalne, a akcja to typowe fiction, którego nie należy utożsamiać z nauką. Tak było w kultowej trylogii i tak też jest w nowym ME. Nie ma większych zwrotów akcji, lecz te niedopełnienia nawet skutecznie kryje mnóstwo misji pobocznych. W większości polegają na rozwiązaniu jakiegoś problemu i są związane z tłem fabularnym, co uważam jak najbardziej za plus.



Mass Effect: Andromeda to w mojej ocenie po prostu dobra gra, która być może poziomem nieco odbiega od trylogii i innych gier BioWare, lecz i tak jest przyjemna. Grało mi się w nią naprawdę dobrze (jeśli już o tym mowa, optymalizacja na PC jest wyśmienita) i jest to tylko moja subiektywna opinia, z którą nie każdy może się zgadzać.

OCENA KOŃCOWA: 7/10

Piotr Malinowski

Zapalony fan gier studia Piranha Bytes. Dla „APYnews.pl” pisze od marca 2016 r. W wolnym czasie zajmuje się tworzeniem projektów na YouTube oraz rozwijaniem swojej pisarskiej pasji.

Nowe ikony rang w Counter-Strike: Global Offensive!

Zobacz co działo się na Golden Joystick Awards 2017!

Disney ogłasza zamknięcie serwerów gry Marvel Heroes!

StarCraft 2 już dostępny za darmo!

Izak z nową serią na kanale!

Darmowy tryb multiplayer na konsolach Sony!